Archiwa kategorii: Baby Pruskie

Projekt pod nazwą „Baby Pruskie” to cykl plastyczno-literackich portretów współczesnych kobiet, które swoją działalnością artystyczną, literacką i naukową wzbogacają dziedzictwo kulturowe Warmii i Mazur.
Nazwa „Baby Pruskie” nawiązuje do kamiennych posągów wojowników, które stały się dziś wizytówką regionu. Tak, jak bohaterki projektu, współczesne kobiety tworzące historię regionu i będące jego wizytówką.
Projekt ma na celu popularyzację dorobku kobiet regionu oraz wzmacnianie lokalnej tożsamości kulturowej. Celem jest również ukłon w stronę kobiet i promocja różnorodności oraz równouprawnienia w sferze publicznej i artystycznej.

Projekt zrealizowany ze środków Stypendium Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego w kwocie 8000 złotych na stworzenie serii 12 plastyczno-literackich portretów współczesnych kobiet, które swoją działalnością artystyczną, literacką i naukową wzbogacają dziedzictwo kulturowe Warmii i Mazur.

Portret Bernadetty Darskiej na tle biblioteczki z książkami

Bernadetta Darska

profesor doktor habilitowana nauk humanistycznych, krytyczka literacka, literaturoznawczyni

 

Portret Bernadetty Darskiej na tle biblioteczki z książkami

Kto się boi bab pruskich

 

rozmawia: Anita Czupryn

ilustracja: Magda Gach (użyte narzędzia: ołówki, pastele tłuste)

 

Pamiętam, że już jako dziewczynka znałam legendę o babach pruskich. Fascynowało mnie to, że są takie stare i jednocześnie obecne w codziennym krajobrazie. Myślę, że w kraju baby pruskie nie są powszechnie znane, a przecież ten region dzięki nim mógłby być jeszcze bardziej rozpoznawalny – mówi prof. Bernadetta Darska, literaturoznawczyni, krytyczka literacka.

 

 

Był taki moment w Twoim życiu, kiedy poczułaś się kobietą Warmii? I co to w ogóle dla Ciebie znaczy?

Nie jest mi łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Chyba w ogóle, żeby poczuć więź z jakimś miejscem, muszę je sobie najpierw oswoić, niekoniecznie poprzez ludzi, których tam mam, ale też poprzez to, że przestrzeń w jakiś sposób do mnie przemawia. Podam przykład: napisałam książkę o Berlinie, bo w którymś momencie poczułam, że Berlin jest w pewien sposób mój. Jest kilka takich miejsc, o których mogę powiedzieć podobnie. Jeśli chodzi o Olsztyn, o Warmię, to chyba była kwestia wyboru. Kiedy przyjechałam tu z Bartoszyc na studia, to właśnie studiując, poznając różnych ludzi, również spoza mojego środowiska, zaczynałam stopniowo czuć, że to jest moje miejsce. Jeszcze wtedy byłam tu „na chwilę”, nie związana ani instytucjonalnie, ani mieszkaniowo. Nie miałam swojego mieszkania i w każdej chwili mogłam to miejsce opuścić. Teraz zresztą też mogę. Ale momentem zwrotnym było chyba zrozumienie, że to nie jest tylko tak, że kształtuje nas miejsce, ale że my też to miejsce kształtujemy. To, że zaangażowałam się tu w projekty kulturalne, że zaczęłam wiązać z Olsztynem również myślenie o swoim życiu zawodowym, że zaczęło się tu rozwijać moje życie prywatne, to wszystko sprawiło, że poczułam silniejszą więź. Zależało mi też na tym, żeby nie wejść w takie stereotypowe myślenie, że marzenia można spełniać tylko będąc w centrum. To było dla mnie ważne już od początku studiów. Zdarzało mi się spotykać osoby, które przez to, że pochodziły z określonego miejsca, że tam się uczyły, próbowały sugerować osobom z tzw. prowincji, że są gorsze. Od dziecka miałam przekonanie, że to nie miejsce nas określa, tylko że to my możemy próbować ten świat jakoś zmieniać.



Dzisiejsza Warmia mówi swoim głosem? Słyszysz ten głos?

Nie powiedziałabym, że jestem „umocowana warmińsko” w takim sensie, że poruszają mnie warmińskie kapliczki, krajobrazy czy że mam szczególne związki z Warmiakami. Bo nie mam. Ale czuję, że to jest moje miejsce. Miałam różne możliwości, mogłam podjąć inne decyzje dotyczące mojego życia, a jednak tu zostałam. Kiedy pytasz o związek z miejscem, to myślę, że ważnym momentem utożsamienia się z Olsztynem były ostatnie miesiące, w których pracowałam nad swoją kolejną książką. Nie chcę jeszcze mówić o niej zbyt wiele, ale ujawnię, że podczas pracy nad nią prowadziłam też, niejako przy okazji, rodzaj autobiograficznego śledztwa związanego z moją rodziną. Odkryłam między innymi, że mój dziadek z rodziną przyjechał tutaj z Wołkowyska jednym z pierwszych transportów. Zamieszkali w Olsztynie, tu dziadek poznał babcię i tu urodził się mój tata. Zaczęłam odkrywać ślady po babci i dziadku i nagle ten Olsztyn pokazał mi się z innej strony. Nie tylko z perspektywy moich własnych przeżyć czy odkryć, ale też ich historii, ich obecności. To było dla mnie bardzo poruszające, że przez wiele lat, codziennie mijałam miejsca związane z nimi, kompletnie nie wiedząc, że to są właśnie te przestrzenie. Teraz, kiedy tamtędy przechodzę albo przejeżdżam autobusem, zawsze myślę o moich dziadkach, bo właśnie tutaj zaczęła się ich historia. Dosłownie, bo tu się poznali. I mam wrażenie, że po tych kilkudziesięciu latach ta opowieść zatacza koło. Idę ich śladami i odkrywam, że miasto, które wydawało mi się tylko moje, bo to ja tu zamieszkałam, a reszta rodziny została w Bartoszycach, było jednak również ich. To odkrycie mnie cieszy. Cieszy mnie też to, że dziś temat warmińskości, podobnie jak temat tzw. Ziem Odzyskanych, mazurskości, śląskości czy kaszubskości, wraca w twórczości naszego pokolenia. Pokolenia wnuków. To opowiadanie jest już inne niż kiedyś, bo nie jest obciążone bezpośrednio doświadczeniem wojny. Ale jednocześnie wzbogacone jest o cały bagaż lektur i rozpoznań, których nasi rodzice jeszcze nie mieli. To, że chcemy dziś o tym czytać i w literaturze pięknej, i w literaturze faktu, wydaje mi się znaczące. Warmia i Mazury, te przestrzenie pogranicza, przechwytywane przez historię, mają potencjał stawania się ważnymi punktami odniesienia.


Są miejscami niewidzialnej pamięci?


Przez wiele lat ta pamięć była tłumiona. Po wojnie dominowała narracja mocno osadzona w traumie wojennej, w konflikcie: co robili Niemcy, co zrobiła Armia Czerwona. Później, kiedy dzieci zaczęły opowiadać bardziej zniuansowane wersje historii, jak choćby Stowarzyszenie Borussia i jej opowieść o małych ojczyznach, to też nie było łatwe. Budziło to niechęć, niezrozumienie. Część ludzi nie umiała zaakceptować faktu, że losy były skomplikowane, że obok siebie mieszkali ludzie różnych narodowości, czasem wrogowie, którzy potem musieli się nauczyć ze sobą żyć. A przecież tak właśnie było.

Mimo wszystko, czy to miejsce, w którym żyjesz, mieszkasz, pracujesz, kochasz, spotykasz się z ludźmi, nie ukształtowało Twojego sposobu patrzenia na świat? Czy gdybyś mieszkała w Warszawie, nie czułabyś inaczej? Nie myślała inaczej?

Uczciwa odpowiedź brzmi: nie wiem. Gdyby to życie, ten formacyjny okres studiów, podzielił się między Olsztyn a na przykład Warszawę, Wrocław czy Kraków, to mogłabym dokonać jakiegoś porównania. A tak, nie wiem, czy to przestrzeń miała wpływ. Oczywiście, to miejsce, do którego wracam, to mój dom. I kojarzy mi się dobrze: z ludźmi, emocjami, codziennością. Ale nie powiedziałabym, że przestrzeń mnie ukształtowała. Nie jestem pewna, czy jeziora, które mamy tu co krok i dla osób z zewnątrz są tak niezwykłe, mają na mnie jakikolwiek wpływ. Owszem, zdarza mi się pójść na spacer nad wodę, ale… nawet nie umiem pływać. Jeziora są dla mnie już tak oczywiste, że nie zawsze zwracam na nie uwagę. W pracy, z okna mojego gabinetu, mam widok na jezioro. Wokół, na łąkach często pasą się konie. Ten widok jest piękny. Uwielbiam patrzeć, jak zmienia się krajobraz wraz z porami roku.
Ale nie powiedziałabym, że kiedy jest mi smutno, to myślę o tych widokach .

 

To co Cię tutaj trzyma?

Czuję się tu dobrze. Pracuję, realizuję swoje pasje. A jednocześnie wiem, że mogę to miejsce w każdej chwili opuścić, jeśli zechcę. Nie jest tak, że codziennie staję przed decyzją: zostać czy wyjechać. Mam tu dom. Chcę tu być.
Ale nie idealizuję tej przestrzeni. Jest ładnie, ale bywa też brzydko. Mam znajomych, mam przyjaciół i to też nie jest coś nadzwyczajnego, bo bliskich ludzki mam też w innych miastach. Po prostu na pewnym etapie życia człowiek dokonuje wyboru. Jeśli jest z tego wyboru zadowolony, to on nie jest ograniczeniem, lecz daje wolność. Poza tym nauka, krytyka literacka, to są aktywności, które można uprawiać w domu, bez fizycznej obecności w instytucji. U mnie codzienność i praca się przenikają.

 

Jak to się stało, że zostałaś naukowczynią? Od dziecka o tym myślałaś?

W podstawówce marzyłam, żeby zostać archeolożką, bo uwielbiałam książki o poszukiwaczach skarbów. Byłam przekonana, jak zapewne wiele osób, że to właśnie ja odkryję, gdzie jest ukryta Bursztynowa Komnata. Bardzo działały na mnie opowieści sięgające przeszłości. Potem, kiedy zorientowałam się, że praca archeologa to nie jest codzienne poszukiwanie skarbów, tylko zupełnie inny rodzaj aktywności, ten zawód przestał mnie aż tak pociągać. Ale dosyć szybko, bo już pod koniec podstawówki, zaczęło mnie ciągnąć do literatury. Chciałam zajmować się pisaniem. Pojawiały się myśli o dziennikarstwie, o komentowaniu literatury. Zawsze wydawało mi się, że literatura jest czymś bardzo ważnym. Albo może, że może być czymś bardzo ważnym dla tych, którzy czytają. Ci, którzy nie czytają, być może nigdy się o tym nie dowiedzą.
Ja mam głębokie przekonanie, że literatura może opowiedzieć nam bardzo dużo o nas samych, o innych. O ludziach, których spotykamy, i o tych, których może wcale nie chcielibyśmy spotkać. W literaturze interesowało mnie od zawsze to, co obce. Nie szukałam utożsamienia na zasadzie: „O, jaki fajny bohater, kibicuję mu!”. Bardziej pociągała mnie czytelnicza niewygoda, doświadczenie obcości. Taka historia, w której nie potrafię zrozumieć bohatera, ale mimo wszystko coś mnie w tej opowieści pociąga. Takie momenty rozpoznania są dla mnie w literaturze najciekawsze. Uczą nas, że świat nie jest czarno-biały, że spotkamy w życiu różne doświadczenia, również te, które są dla nas trudne, niekomfortowe.

 

Literatura może też przywracać godność tym, o których wcześniej się nie mówiło.

Właśnie taką funkcję może pełnić. Bo przecież opowiadanie o słabszych, niewidzialnych, lekceważonych, pogardzanych i czynienie z nich nie epizodycznych, ale pierwszoplanowych bohaterów, to jest sposób na przywracanie podmiotowości. To także pokazanie, jak my uczestniczymy w kształtowaniu tożsamości innych ludzi. A to jest bardzo ciekawe.

 

Co bardziej Cię pociąga w pisaniu: chęć zrozumienia świata czy pragnienie, żeby, jak pisał Gałczyński, ocalić coś od zapomnienia?

Moje pisanie wymyka się temu pytaniu. Piszę recenzje, a moje książki mają charakter krytycznoliteracki. Zawsze zależało mi, żeby pisanie naukowe było jednocześnie eseistyczne, by osoby, które interesują się literaturą, ale nie są związane ze światem akademickim, mogły je przeczytać i wejść z tekstem w dialog. Żeby to nie było hermetyczne.

 

Czy z takiego pisania można dowiedzieć się czegoś o Tobie? Emocje są kluczem do zrozumienia Twoich tekstów?

Mam nadzieję, że nie, przynajmniej nie wprost. Pisanie o literaturze nie polega na pisaniu o emocjach. Oczywiście, podczas lektury towarzyszą nam różne emocje, i dobrze, że tak się dzieje. Ale w krytyce literackiej ważniejsze jest, jak dany tekst sytuujemy na tle innych, jak wpisuje się w kontekst tekstów, które już na podobny temat powstały. Co z tego, że powieść wzbudza emocje, jeśli okazuje się dwudziestą książką napisaną w ten sam sposób, a my czytamy ją jako pierwszą i dajemy się ponieść emocjom, nie wiedząc, że jest wtórna?
Więc emocje nie są najważniejsze. Ale jednocześnie – są. Bo uważam, że nie da się czytać literatury
tylko chłodno. To prawda, że czytam zawodowo jako literaturoznawczyni i krytyczka literacka. Ale cieszę się, że nie zatraciłam umiejętności reagowania. Że coś mnie nadal potrafi zachwycić, poruszyć, zaskoczyć. Ważna jest równowaga między profesjonalnym podejściem opartym na kompetencjach kulturowych, a tą drugą, emocjonalną stroną, która przypomina, że tekst nie istnieje tylko do analizy. On też działa, a przynajmniej potencjalnie działa na czytelnika. To, co ja robię, polega na towarzyszeniu literaturze. Zajmuję się literaturą najnowszą, a krytyka z założenia komentuje to, co aktualne, co dzieje się tu i teraz. Trzymam rękę na pulsie tego, co się ukazuje w literaturze pięknej i w literaturze faktu, głównie reportażach, ale też biografiach. To towarzyszenie pozwala dostrzec, jak pewne tematy wracają, jak literatura odpowiada na zmieniające się mody i potrzeby. Widać też wtedy, jak wydawnictwa zaczynają wydawać książki „na fali”, gdy jakiś gatunek czy wątek staje się popularny. I z tej perspektywy, z poziomu uważnego czytania i obserwacji, szybko widać te zjawiska. One się po prostu wyłaniają.

 

Kiedy krytyka literacka stała się Twoją drogą zawodową? To się wydarzyło już w liceum? Czy idąc na studia wiedziałaś już, że tym właśnie się będziesz zajmować?

Trudno wskazać mi jeden przełomowy moment. To był raczej proces. Literatura zawsze kojarzyła mi się z wolnością. A może raczej była inspiracją do wolności, pokazywała że, mówiąc kolokwialnie, można góry przenosić; że nawet bardzo skomplikowane sytuacje bywają do pokonania, do udźwignięcia. To było też odkrywanie inności, różnorodności innych światów i chyba właśnie z tej fascynacji to się brało. Gdybym miała ten proces jakoś zrekonstruować to przypomniałabym sobie, że w wieku 12 lat opublikowałam swoją pierwszą recenzję w „Świecie Młodych”. Zabawne, bo to była recenzja „Szatana z siódmej klasy” – bardzo niebanalny wybór, prawda? (śmiech). Oczywiście, ogromnie się ucieszyłam, że mój tekst ukazał się drukiem, ale to jeszcze nie był moment zwrotny. To raczej pokazuje, że jako dwunastoletnia dziewczyna już gdzieś o tym myślałam, choć na pewno nie do końca świadomie. Nie sądzę żebym znała wtedy słowa tak jak krytyczka literacka. W podstawówce raczej nie używa się takich pojęć. Natomiast jeśli chodzi o myślenie o pracy naukowej, to na studiach byłam już tego świadoma. Wiedziałam że chcę robić doktorat, że chce pracować na uczelni, rozmawiać o literaturze. Związać z nią swoje życie.

 

 

Ktoś w Twojej rodzinie zajmował się nauką?

Nie. Ani w najbliższym, ani w dalszym otoczeniu nie kojarzę nikogo, kto zajmowałby się literaturą czy nauką. Tata jest inżynierem, mama psycholożką.
Nigdy nie mówili mi, co mam robić. Wspierali moje wybory, nawet jeśli po drodze popełniałam błędy. I to było naprawdę ważne. To był dobry punkt odniesienia. Myślę, że od dziecka dostawałam przekaz, który działał formacyjnie. Rodzice zawsze mi kupowali książki. W domu też było ich sporo.
Od najmłodszych lat dostawałam sygnał: możesz próbować przenosić góry.
To był pozytywny przekaz. Nie usłyszałam: „Po co się za to bierzesz, i tak Ci się nie uda”, tylko wręcz przeciwnie: „Spróbuj. Zobaczysz, nawet jeśli poniesiesz porażkę, może następnym razem się uda.”. Dostałam podstawy dla umocnienia wiary w siebie, a to istotny fundament. Pomaga się tożsamościowo osadzić. Oczywiście każdy człowiek ma swoje wątpliwości, lęki i ja też je miałam, i mam. Niezależnie od ścieżki życiowej, niezależnie od sukcesów czy porażek, wątpliwości są i będą. I dobrze, że są. Są potrzebne.

 

Mówisz to w chwili, kiedy piszesz swoją trzynastą książkę?

Tak. Ale wierzę, że trzynastka przynosi szczęście; w końcu z moim mężem Tomaszem braliśmy ślub 13 września o godzinie 13. A jednak za każdym razem, gdy zaczynam książkę, pojawia się ta niepewność: czy ten pomysł w ogóle ma sens? Tym bardziej że ta książka jest zupełnie inna niż wcześniejsze. Po pierwsze, pojawia się w niej wątek autobiograficzny. Po drugie – po raz pierwszy – to książka osadzona w regionie. Będzie połączeniem eseju z… może nie prozą autobiograficzną, bo nie piszę autobiografii, ale z impresjami, które mają taki wymiar. Z reportażem historycznym. To ciekawe doświadczenie, bo pokazuje, że pewne tematy po prostu same do nas przychodzą. Gdyby ktoś mi powiedział trzy czy pięć lat temu, że napiszę książkę osadzoną w naszym regionie, z opowieścią o historii, to nie wiem, czy odpowiedziałabym „nigdy w życiu”, ale na pewno bym się zdziwiła. A ten temat po prostu do mnie przyszedł. I to jest w ogóle fascynujące w pisaniu, że tematów się nie szuka na siłę. One właśnie przychodzą.
Czasem pojawiają się pomiędzy, jak książka o Berlinie. A czasem trzeba na nie poczekać dłużej, jak przy książce o Małgorzacie Szejnert, nad którą pracowałam ponad dziesięć lat. W pisaniu najciekawsze jest dla mnie to, że towarzyszy mu codzienność. Człowiek nie tylko siedzi i pisze, ale chodzi z tym tematem w głowie. Coś odkrywa, coś sobie przypomina, czasem coś znajduje.
Albo wydarza się zbieg okoliczności. W przypadku książki, nad którą teraz pracuję, właśnie przypadkowe spotkania z ludźmi, zupełnie anonimowymi, pozwoliły mi dotrzeć do archiwalnych materiałów, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Nie wiedziałabym nawet, gdzie ich szukać. Więc mam poczucie, że los trochę mi towarzyszy w tej opowieści. Z jednej strony to historia lokalna. Z drugiej wcale nie tak lokalna, bo mówi o wydarzeniach, które kiedyś były historią centralną. Nie chcę za wiele zdradzać, ale myślę, że im człowiek jest starszy, tym lepiej rozumie umowność różnych etykietek: centrum–prowincja, lokalne–ogólnopolskie. Pamiętam, jak pracowaliśmy w piśmie „Portret” i jak ta lokalność nas wtedy drażniła. Odcinaliśmy się od niej.
A dziś widzę, że nie chodzi przecież o to, by to słowo rozumieć w sposób obraźliwy. Chodzi o to, by
pokazać miejsce.

 

Znałaś Olsztyn jako dziewczynka? Przyjeżdżałaś tu wcześniej?

Olsztyn znałam słabo. Co ciekawe, jako dziecko i nastolatka bardzo dużo podróżowałam. Z rodzicami i siedem lat młodszą siostrą jeździliśmy na wczasy. Dużo też podróżowałam sama. Już od drugiej klasy szkoły podstawowej co roku wyjeżdżałam na kolonie. Trwały trzy tygodnie; czasem jechałam dwa razy w jedno lato, więc praktycznie całe wakacje spędzałam poza domem. Trzy razy po osiem tygodni byłam w sanatorium. Zaczęło się w pierwszej klasie podstawówki. Wtedy to było trudne doświadczenie. Rodzice mnie nie odwiedzali często, więc byłam sama, na drugim końcu Polski. Kiedy wróciłam, byłam w szkole nowa. Jako dziecko zwiedziłam prawie całą Polskę. Od podstawówki jeździłam też na obozy zagraniczne. Mówię o tym dlatego, że objechałam niemal całą Europę, a Warmii i Mazur prawie nie znałam. Nie byłam ani w Giżycku, ani w Mikołajkach, ani nigdzie w tej okolicy. W Olsztynie może raz, może dwa. Nie mieliśmy tu rodziny. Dziadków już nie było tutaj, a ich rodziny osiedliły się w innych miejscach. Siostry babci zostały w Grodnie; mama z kolei pochodziła z okolic Białej Podlaskiej, więc nasze rodzinne wyjazdy odbywały się zupełnie gdzie indziej. Do Olsztyna się po prostu nie jeździło. Pamiętam tylko jedną wizytę, kiedy tata leżał w szpitalu wojewódzkim. Szłam wtedy ulicą Dworcową, wcześniej Kaliningradzką, która wydawała mi się ogromna. Tak naprawdę Olsztyn zaczęłam poznawać dopiero jako studentka. I od razu postanowiłam, że chcę się w to miejsce naprawdę zanurzyć. Założyłam sobie, że nie będę wracać do domu co tydzień. Jeździłam raz na miesiąc i to była dobra strategia. Olsztyn wyglądał zupełnie inaczej niż teraz. Dziś studenci uczą się, a potem idą do pracy. Mają mniej życia studenckiego. My byliśmy chyba bardziej towarzyscy. Już od pierwszego roku interesowało mnie tzw. życie kulturalne Olsztyna. Pamiętam, że wtedy dowiedziałam się o istnieniu czasopisma literackiego „Portret”. Śledziłam, co się dzieje, każde wydanie numeru, a w połowie studiów dołączyłam do zespołu. To dało mi poczucie współtworzenia czegoś ważnego. Zawsze interesowała mnie kategoria debiutu. Wiele osób, które dziś są związane z literaturą, wspomina, że debiutowały właśnie na łamach „Portretu”. Później, kiedy zastąpiłam Mariusza Sieniewicza na stanowisku redaktorki naczelnej, staraliśmy się mocno rozkręcić działalność wydawniczą. To był dla mnie ważny etap, bo dzięki temu, że byłam jego częścią, zobaczyłam, że można generować kulturę z miejsca, które nie jest centrum. Że to, co tworzy się lokalnie, może być naprawdę twórcze i istotne. To był dobry czas. Czas fermentu, między „Borussią” a „Portretem”.
Potem, mam wrażenie, że nie znaleziono pomysłu, jak zbudować coś trwałego, wyrastającego z miejsca, w którym się jest. W latach 90. mówiło się o zaniku centrali; funkcjonowało takie pojęcie w kontekście kultury. Dziś, mniej więcej od dekady, widać wyraźny powrót do tej centrali. Oczywiście, ma to też dobre strony, bo przyjeżdżają do Olsztyna znane osoby, z którymi można się spotkać. Ale ma też strony negatywne. Ten ferment, który powstał w latach 90. i na początku XXI wieku, był czymś niesamowitym. Tworzył wspólnotę i to na lata.
Dziś, kiedy spotykamy ludzi, którzy wtedy byli zaangażowani w te czasopisma, a teraz są w różnych miejscach, jako dziennikarze, pracownicy uczelni, instytucji kultury, albo zupełnie poza światem pisania i czytania, to wciąż łączy nas nić porozumienia. To jest taka ponadczasowa wspólnota.

Dzisiaj Olsztyn jest dla mnie punktem odniesienia, bo to jest moje miejsce. Ale byłoby nadużyciem mówić, że idę koło Wysokiej Bramy i nagle Wysoka Brama mnie do czegoś inspiruje. Wydaje mi się, że byłoby to nadużycie w ogóle w takim mówieniu o byciu w miejscu. To chyba tak nie działa. Fenomenem miejsca, które staje się „nasze”, jest to, że w pewnym sensie staje się ono oczywiste. My nie rozważamy, czy drzewo za oknem na nas wpływa, czy nie.

 

Ja rozważam (śmiech).

Śmieję się czasem, że najpiękniejsze miasta w Polsce to często te poniemieckie albo mające kawałek niemieckiej historii. Uwielbiam Dolny Śląsk, jeździmy tam systematycznie od lat, zwykle zatrzymywaliśmy się w Szczawnie-Zdroju, teraz w Wałbrzychu. Przemieszczamy się pociągami i komunikacją publiczną, co ogranicza dostęp do niektórych miejsc. Sokołowsko odkryliśmy dużo wcześniej, zanim stało się modne. Nawet powietrze tam jest inne. Dolny Śląsk był we mnie od dziecka: jeździłam do sanatorium w Czerniawie-Zdroju, niedaleko Świeradowa, odwiedzałam Jelenią Górę, Karkonosze. Jako dziecko znałam wszystkie baśnie i legendy Karkonoszy. Wczytywałam się w nie. Olsztyn natomiast jest dla mnie miejscem oczywistym. Kiedy ktoś mówi, że Olsztyn jest na Mazurach, poprawiam, że to Warmia; to taka lokalna reakcja. Ale przez tę codzienność nie analizuję tego miejsca. Ono jest tłem, stałym punktem. Rozważa się to, co niepewne, bardziej ruchome. Oczywiście i tutaj dzieją się zmiany, także we mnie, ale jeśli mam mówić o kategorii „dom”, to Olsztyn jest właśnie tą stałą, bezpieczną przestrzenią. I może właśnie dlatego nie mogę powiedzieć, że coś z Olsztyna bezpośrednio mnie zainspirowało do napisania książki. A jednocześnie, na pewno to, że tu jestem, sprawia, że piszę. Bo mam tutaj sprzyjającą atmosferę do pracy. Tylko to raczej nie jest tak, że jakiś punkt czy ulica mnie inspiruje. Pewnie bardziej widoczne byłoby to, gdybym pisała prozę – o czymś takim mógłby powiedzieć mój mąż, Tomasz, który pisze prozę.

 

Przy okazji: swój związek z pisarzem traktujesz jako przekleństwo czy błogosławieństwo?

Jako zwyczajność (śmiech). Istotne jest to, że oprócz miłości jest przyjaźń. I że akceptujemy sposób, w jaki funkcjonujemy. Nie jesteśmy typowi. Każde z nas potrafi usiąść, pisać, zamknąć się w sobie. Tomasz, który pochodzi z Jezioran, jest w Olsztynie dłużej niż ja. Poznaliśmy się w „Portrecie”. Akceptujemy swoje twórcze rytmy. Nie jesteśmy od-do. Wiemy, że czasem trzeba się zatrzymać, żeby coś przemyśleć, coś poprzesuwać w głowie. To daje nam przestrzeń. Nikt nie musi udawać; można być sobą. I też możemy rozmawiać o tekstach. Pokłócić się. Powiedzieć sobie, że coś wyszło słabo. Partner nie musi tylko chwalić, zwłaszcza, że czasem te krytyczne uwagi są trafne. Tomasz ma w domu krytyczkę, a ja też mam w nim krytyka. To uczciwa lektura.

 

Ostatnio zauważam powrót do języka warmińskiego, w literaturze, w muzyce. Tego nie było, kiedy tworzył się „Portret”.

To zależy, co rozumiemy przez „powrót”. Nie sądzę, żeby kultura Warmii miała dziś powstawać przezmówienie po warmińsku. Oczywiście, projekty, które do tego nawiązują, są fajne i ważne. Ale uważam, że warto generować takie działania, które wykraczają poza wąskie grono osób bardzo mocno utożsamiających się z regionem. Nie każdy przecież chce uczyć się gwary warmińskiej, podobnie jak nie każdy uczy się śląskiego czy kaszubskiego. I nie sądzę, żeby to właśnie język był dziś najważniejszym synonimem lokalności. Najważniejsza jest różnorodność. Cały świat czasopism społeczno-kulturalnych, który wtedy funkcjonował, był fenomenem. Ułatwiał młodym ludziom zaistnienie w kulturze. Dziś w Olsztynie praktycznie go nie ma. Po prostu przeminął. Czasopisma nie mają już takiego znaczenia, wiele ich zniknęło. Jest „VariArt”, czasopismo przy bibliotece, ale to inicjatywa instytucjonalna, nie oddolna. Nie powstało z potrzeby działania, tylko jako część struktury. A wtedy te stowarzyszenia nie tylko wydawały czasopisma; one organizowały koncerty, spotkania, festiwale. To było żywe, oddolne.
Dla mnie ważne jest, żeby zachować równowagę: między kulturą „przyjezdną”, która przychodzi z centrum, z dużym budżetem i równie dużymi oczekiwaniami finansowymi, a tym, co tworzy się tu, na miejscu. W kulturze lokalnej też można stworzyć coś ważnego. I właśnie wtedy rodzi się prawdziwy ferment. Dziś coraz częściej pojawia się taki model, że przyjeżdża do Olsztyna znany autor plus prowadzący, jako gotowa usługa. I choć często są to bardzo ciekawe osoby, a spotkania naprawdę wartościowe, to jednak wydaje mi się, że można też znaleźć kogoś na miejscu, kto takie spotkanie poprowadzi. Żeby nie kupować tylko produktu. Żeby w tym dialogu było też połączenie
tego, co tu, z tym, co stamtąd. Bo inaczej pozostaje tylko kasa i rozmowy o tym, że bardziej opłaca się zaprosić znaną osobę z Warszawy, bo przyjdzie więcej ludzi.
A przecież nie o to tylko chodzi.

 

Baby pruskie mają dla ciebie znaczenie?

Tak, to ważny punkt odniesienia, bardziej w Bartoszycach niż w Olsztynie. W Bartoszycach, idąc do liceum codziennie mijałam dwie baby pruskie: Bartosza i Gustebaldę. Pamiętam, że już jako dziewczynka znałam legendę o tych babach. Fascynowało mnie to, że są takie stare i jednocześnie obecne w codziennym krajobrazie. Są dostępne, dotykane, jako dzieci siadaliśmy na nich, były oswojone. Nie stały za szklaną barierą, nie trzeba było się im kłaniać. Były częścią codzienności. To było piękne. Pamiętam też akcję, kiedy baby pruskie stanęły przy Bibliotece Wojewódzkiej. No i pamiętam pomysł na małą babę pruską jako gadżet z Warmii. Szkoda, że się nie przyjął. Myślę, że w kraju baby pruskie nie są powszechnie znane, a przecież ten region dzięki nim mógłby być jeszcze bardziej rozpoznawalny.

 

Czy na Warmii są kobiety, których się słucha?

To zależy od środowiska, w jakim kobieta funkcjonuje.

 

A ty? Jesteś słuchana?

Zależy przez kogo.

 

Przez tych, na których ci zależy.

Wydaje mi się, że kwestia słuchania i słyszalności głosu, a także milczenia, zależy bardzo od tematyki, od grupy, do której się mówi. Myślę, że każda i każdy z nas ma poczucie, że są takie grupy, które cię słuchają i wtedy można wejść w sensowny dialog. Nie chodzi o to, żeby od razu zostać przewodniczką. Ale ważne jest, żeby był to dialog oparty na reagowaniu, na argumentach. Nie na pouczaniu. I to wszystko zależy nie tylko od grupy, ale i od miejsca, w którym się mówi. Oczywiście są kobiety stąd, które robią fajne, ważne rzeczy, ale to raczej związane jest z miejscem zamieszkania niż z wyrazistą, wspólną tożsamością.

 

Często jesteś zapraszana do jury konkursów literackich i festiwali. Czy wtedy czujesz, że jesteś słuchana?

To należałoby zapytać tych, którzy mnie słuchają. Mam nadzieję, że tak, że mój głos dotyczący kultury i literatury rezonuje. Często odnoszę takie wrażenie. Myślę jednak, że ważne jest, by kobieta, która od dziecka bywa uczona, żeby nie wchodzić w konfrontacje, potrafiła mimo wszystko zabrać głos. Żeby umiała przełamać lęk. Bo odwaga nie przychodzi zawsze naturalnie. Kiedy występujesz z odmiennym zdaniem wobec większości, to prawie każdy, niezależnie od płci, poczuje dyskomfort. Ale ważne jest też, by w sobie wykształcić poczucie konieczności, że jeśli coś uważam za słuszne, to mam prawo, a nawet obowiązek, to powiedzieć. Zawsze się starałam takie podejście mieć. Czy mi się udaje – nie wiem. Niestety, jeśli w przestrzeni publicznej wypowiesz się krytycznie wobec czegoś powszechnie uznanego za „fajne”, to często zostaje to odebrane jako atak. Nie lubię tego. Bo moje intencje są inne. Nie chcę się kłócić, tylko pokazać inną perspektywę. Tego też uczy krytyka literacka: nie da się być krytyczką, jeśli boisz się opinii innych. Wtedy należałoby pisać wyłącznie pochlebne recenzje, a to nie na tym polega. Gdy piszę recenzję krytyczną, nigdy nie odnoszę się do autora personalnie. Interesuje mnie tekst, nie wygląd, charakter czy zachowanie autora. Jeśli to tekst autobiograficzny, to może zostać odebrany jako coś osobistego, ale nadal pozostaje literaturą. I to, jak został napisany, ma znaczenie. Przez lata musiałam wyhodować na sobie grubą skórę. Niejeden autor się na mnie obraził. Ale uważam, że uczciwość wymaga szczerości wobec tekstu; nie zastanawiania się, czy ktoś się na mnie obrazi. Jasne, że negatywna recenzja boli każdego. Ale publikując tekst, trzeba się liczyć z tym, że zostanie on oceniony, że wejdzie w przestrzeń dyskusji, porównań, hierarchii. Mam też takie przekonanie, że nie powinnam być jednocześnie twórczynią i tworzywem. To znaczy, nie powinnam pisać powieści. Bo wtedy z jednej strony pisałabym o innych, a z drugiej sama stawałabym się podmiotem krytyki. To moim zdaniem nieuczciwe. Etap powieściopisarski mnie nie kusi, nie miałam takiej potrzeby i mam nadzieję, że nie będę miała. Nie chcę etycznego zamieszania. Niepokoi mnie też coraz częstsze utożsamianie krytycznej recenzji z hejtem. To nieporozumienie. Krytyka to argumenty. Hejt to personalny atak, wyśmiewanie, pogarda, ocena wyglądu, czy inteligencji. A napisanie, że książka jest słaba literacko, to po prostu element dyskusji literackiej. Tak działa krytyka.

 

Czy jako kobieta pisząca czułaś kiedykolwiek, że musisz walczyć o swój język?

Na szczęście nie. Ale to nie znaczy, że tak nie jest. Miałam dużo szczęścia. Mówiłam, że jako dziewczynka byłam wspierana, z przekonaniem, że mogę wszystko. To kształtowało moje myślenie o świecie; dawało siłę i otwierało wyobraźnię. Kiedy w szkole czy na studiach stawałam w kontrze, nie byłam karcona za to, że jestem dziewczyną. Pisząc doktorat o pismach feministycznych i genderowych, mogłam opowiedzieć tę historię po swojemu – i nie spotkałam się z żadnym oporem. Ale wiem, że wiele moich koleżanek miało inne doświadczenia. Zwłaszcza, kiedy pisały o tematach feministycznych. Były przez jakiś czas silnie upolitycznione i to potrafiło utrudniać pracę. Dla mnie w czasie studiów feminizm przestał być tylko intuicją, a zaczął być doświadczeniem intelektualnym. Brałam udział w różnych projektach, a jednym z ważniejszych momentów była Letnia Szkoła Feminizmu, zorganizowana przez warszawskie Gender Studies i Ośkę, świetną organizację prowadzoną przez Barbarę Limanowską, olsztyniankę zresztą. To była pierwsza edycja tej szkoły, nad Zalewem Zegrzyńskim. Tydzień intensywnych zajęć, codziennie po kilka kursów. Z historii sztuki, prawa, literatury. To było chyba w 2000 roku. Nie miałam jeszcze komputera, nie było powszechnego dostępu do internetu, więc ta wiedza była jak objawienie. Pamiętam prof.. Małgorzatę Fuszarę od prawa, prof. Bożenę Chołuj od literatury niemieckiej; analizowałyśmy wtedy Elfriede Jelinek, jeszcze przed tym, zanim otrzymała Nobla. To była też pierwsza sytuacja, w której, choć nie lubię warsztatów, dobrze się na nich czułam. Byłam jedną z dwóch studentek. Reszta uczestniczek to dojrzałe kobiety: naukowczynie, społeczniczki, polityczki, burmistrzynie, sołtyski. Atmosfera była cudowna. Nie był to może jakiś szczególnie przełomowy dla mnie moment, ale na pewno bardzo ważny. Dał mi dużo intelektualnie i otworzył oczy na wiele spraw.

 

Co jeszcze chciałabyś napisać, ale nie jesteś jeszcze na to gotowa?

Nie wiem. I to chyba dobrze. Mam w sobie sporo inspiracji, ale nie wszystko da się zaplanować. Robię wiele rzeczy: pracuję na uczelni, opowiadam o książkach w radiu, prowadzę bloga, piszę teksty do gazet, jestem jurorką w kilku konkursach, recenzuję doktoraty i artykuły naukowe. Działam na styku nauki, literatury i krytyki literackiej i to jest przestrzeń, która mnie nieustannie inspiruje. Często najbardziej przez rzeczy zupełnie niespodziewane. Mam wiele pomysłów. Życie z książką na co dzień to dla mnie stan naturalny. Myślę o literaturze, noszę ją w głowie, zapisuję pomysły w telefonie. Bardzo lubię tę kategorię: żyć z pomysłem, bo ona jest żywa, pulsująca. Piszę nie dlatego, że muszę mieć dorobek naukowy. To dla mnie drugorzędne. Nie piszę po to, by zdobyć punkty na uczelni. Piszę, bo chcę coś opowiedzieć. Ta potrzeba opowiedzenia czegoś komuś, potencjalnemu czytelnikowi – to jest dla mnie ważne. Mam tytuł profesora, najwyższy możliwy w moim zawodzie, ale największą satysfakcję daje mi to, że pozostałam sobą. Nie szłam na kompromisy w kwestiach ideowych, nie rezygnowałam z ważnych dla mnie tematów. Mam poczucie, że robię coś, co naprawdę ma dla mnie znaczenie i mam nadzieję, że czasem również dla innych. Liczy się to, że można jakiś kawałek świata opisać – i zachować. Żeby potem dało się o nim porozmawiać. To jest dla mnie sens pisania.

 

rozmawiała: Anita Czupryn

ilustracja: Magda Gach

 

Projekt zrealizowany ze środków Stypendium Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego w kwocie 8000 złotych na stworzenie serii 12 plastyczno-literackich portretów współczesnych kobiet, które swoją działalnością artystyczną, literacką i naukową wzbogacają dziedzictwo kulturowe Warmii i Mazur.

 

Portret Joanny Wilegowskiej, autorka: Magda Gach

Joanka od Wilengowskich

pisarka, dziennikarka, Warmiaczka

 

Po swoich flakach ludzi nie ciągam

rozmawia: Anita Czupryn

ilustracja: Magda Gach (użyte narzędzia: ołówki, markery, akwarele)

 

 

Widzisz w sobie coś z baby pruskiej?

Baba pruska była facetem, a ja widzę w sobie mnóstwo cech męskich i wojowniczych. Czasami są w uśpieniu, a czasami nie. Zawsze podobali mi się wykonawcy androgeniczni, tacy jak Davida Bowie. Po prostu lubię wymykać się definicjom i ścisłym podziałom, widzę świat jako bardziej zróżnicowany, wielobarwny. Myślę, że to jest coś wspaniałego: wymykać się stereotypizacji, wymykać się systemowi zero-jedynkowemu, kategorycznemu. W dużym stopniu o tym jest moja książka „ Król Warmii i Saturna”. Postuluję, żeby wyjść poza myślenie czarno-białe, poza opozycję Polak – Niemiec, zwłaszcza gdy mówi się o Warmiakach. Dla mnie to trzecia możliwość, trzecia wartość, która się ukształtowała na styku kultur. Warmińska warmińskość. Poza tym, to dosyć straszne, myśleć, że wszyscy Polacy to Polacy. Nie, nie wszyscy Polacy to Polacy. Po pierwsze, są też Polki! Po drugie – każdy z nas ma bardziej skomplikowane korzenie, niż to się wydaje politykom czy urzędnikom przeprowadzającym spisy ludności.

 

Ty w ostatnim spisie określiłaś się jako Warmiaczka. Gdyby ten spis był dziesięć lat wcześniej, to też byś tak zrobiła?

Zrobiłam tak. W poprzednim spisie również określiłam się jako Warmiaczka.

 

Kiedy ta warmińskość się w tobie narodziła? Czy zawsze była?

Zawsze była. Natomiast w pewnym momencie stała się dla mnie ważniejsza. To, że się zdeklarowałam jako Warmiaczka, wynikało z kilku powodów, również politycznych. Na przykład ciśnienie polskości rozumianej w jeden stereotypowy sposób było dla mnie – i jest nadal – absolutnie nie do zniesienia. Z przyjemnością obserwowałam i nadal obserwuję emancypację regionów, świadomość tego, że jesteśmy z różnych miejsc, że mamy różne korzenie, że jesteśmy utkani z różnych nici. To był dla mnie bardzo ważny powód: pokazać, że nie jesteśmy tacy sami. Nie wszyscy jesteśmy identyczni, nie wszyscy jemy kotlety schabowe. Były także powody osobiste: lojalność wobec historii mojej rodziny, a zwłaszcza wobec mojego ojca, który deklaruje się jako Warmiak i tą warmińskością mnie prześladuje każdego dnia (śmiech).

 

Na czym polega to prześladowanie?

Ta nasza Warmia…”

 

W jakim sensie to mówi?

W takim, że: „Oni ją niszczą. Oni ją zawłaszczają. Oni tu przyjeżdżają. Oni wszystko zabrali. Zabrali cegły z Olsztyna zrujnowanego przez Ruskich, żeby odbudować Warszawę. Oni wszystko wyszabrowali i zawieźli na Kurpie. Oni nas mordowali. Oni nas gwałcili. Oni dzisiaj, z Warszawy, przyjeżdżają nas kolonizować. Jeżdżą swoimi samochodami za szybko, wszystko zajmują, wycinają drzewa, żeby budować te swoje posiadłości. Oni robią tyle złego z naszą Warmią.” Ewentualnie słyszę: „A kiedyś to było…” – przy czym to „kiedyś” może być różne. Bo może to być idylliczny obraz Warmii, utkany przez moich dziadków. Mój ojciec był wychowywany przez dziadków, więc włożyli mu do głowy nostalgiczny obraz Warmii wyidealizowanej, sięgający jeszcze Prus Wschodnich. Taka Warmia, w której żyło się spokojnie…

 

Kraina mlekiem i miodem płynąca…

A przynajmniej taka, w której było jedzenie. W której jak się pracowało, to się miało. Szanowało się pracę swoją i cudzą. I w której potrafiono się dobrze bawić. Z drugiej strony to wyobrażenie jest przełamane obrazem dawnej Warmii biednej, powojennej – czyli tego, czego ojciec doświadczył bezpośrednio i co bardzo dobrze pamięta. Wojenny głód, przemoc, szykany. Dwa obrazy Warmii mieszają się w jego głowie. I odkąd zamieszkałam z ojcem, to nie tyle on mi je pokazywał, co ja je z niego wydobywałam.

 

Król Warmii i Saturna” został więc wydobyty?

Z mojego ojca trudno było wycisnąć niektóre historie. Wiele z tych, które od niego usłyszałam, albo usłyszałam od innych, w ogóle nie trafiło do książki, bo były po prostu zbyt straszne. Nie chciałam epatować przemocą ani być niedyskretna wobec osób żyjących. Dlatego nie ma tam żadnych imion ludzi z mojej warmińskiej rodziny, którzy nadal mieszkają w Polsce. W pewnym sensie ta książka jest wykastrowana z tego, co najpotworniejsze – z tego, co usłyszałam, czego się dowiedziałam, co przeczytałam, albo co pojawiało się w rodzinnych półsłówkach. Ale myślę, że i tak napisałam wystarczająco dużo, żeby ludzie mogli zrozumieć, skąd w moim ojcu to poczucie krzywdy.

 

Warmia dyktowała ton tej książce? Ta Warmia, która przemawiała przez twojego ojca?

Może też chciałam coś wytłumaczyć. A może po prostu byłam wkurzona na to, jak słabo do tej pory wyjaśniano, co przeżyli Warmiacy, na czym właściwie polega warmińskość. I czym są największe warmińskie traumy. Wcześniejsze lektury były niewystarczające. Zwłaszcza, jeśli nie pisali ich Warmiacy. Przyjeżdżał ktoś z zewnątrz – obserwator, który próbował coś uchwycić. Czasem lepiej, czasem gorzej. Ale często były to obrazy, które moim zdaniem były pokłosiem peerelowskiej propagandy. Takie, w których Warmiak to propolski działacz, którego rodzina tęskniła przez stulecia za Polską i wreszcie się doczekała. A to nie jest prawdziwy obraz. To obraz propagandowy. Może taki był obraz Marii Zientary-Malewskiej, może jakiegoś innego działacza. Tymczasem historia mojej rodziny wygląda zupełnie inaczej. I właśnie z tej złości na niedostateczność lektur, na jednostronną perspektywę, chciałam napisać coś od środka. Być lojalna wobec historii mojej rodziny, nawet jeśli ona się nie zgadza z tym, co wszyscy wokół mówią.

 

Jaka jest historia twojej rodziny?

Taka, jak wielu warmińskich rodzin. Czyli przepołowiona. Spora część mojej rodziny mieszka dziś w Niemczech. Ci, którzy tutaj zostali, jakoś musieli się przystosować. Wtapiali się w polskość. Wydaje mi się, że wielu Warmiaków żyje w takim kamuflażu: zachowują swoją pamięć w ukryciu, noszą ją gdzieś głęboko, wewnętrznie. I to jest przede wszystkim pamięć roku 1945, bo to najważniejsza data, jeśli mówi się o Warmii. Najstraszniejsza i najważniejsza. Ona zmiażdżyła wszystkich, którzy tutaj byli. Każdą rodzinę i każdego z osobna. Kiedy Armia Czerwona weszła do Prus Wschodnich, przeszła przez tę krainę jak… chciałam powiedzieć „jak czołg”, ale to za mało powiedziane. Raczej jak maszynka do mięsa, niszcząc ją w każdy sposób, łącznie z tym materialnym. Przemieliła wszystko – ludzi, domy, krajobraz, życie.

 

Co zostało w Twoim domu? Jakie przedmioty pamiętają dawną Warmię, świat Twoich dziadków?

Nie jest ich dużo. Świat przedmiotów też został zdruzgotany. To był totalny szaber; wszystko przepadło. Po przodkach zostało nam naprawdę niewiele. Pojedyncze sztuki: jeden talerz, jeden wieszak z napisem Allenstein, pewnie z jakiegoś sklepu albo od olsztyńskiego krawca. Moja babcia, której nigdy nie poznałam, była podobno niezłą elegantką. Ze Stawigudy chodziła na piechotę do Olsztyna, żeby kupić sobie ładny materiał i uszyć sukienkę. Warmiacy przed wojną nie chodzili w strojach ludowych i łapciach; ubierali się po miejsku. Elegancja była ważna. U mężczyzn zdarzały się nawet cylindry i muszki. To było takie ą-ę. Mamy też ładną łyżkę do butów, również z napisem Allenstein, prawdopodobnie z jakiegoś sklepu obuwnicznego. Do tego dochodzą fotografie. I na ich podstawie można prowadzić wewnętrzne śledztwo — próbować zrozumieć, jak ci ludzie tutaj żyli, czy im się żyło dobrze, czy źle. I przede wszystkim – jak wyglądali? To jest niezwykle ciekawe.

 

Twój powrót do literatury, który nastąpił po 18 latach odbierasz jako powrót do samej siebie, czy do świata, który czekał na twoją książkę? Nie ukrywam, że należę do tych, którzy po „Japońskiej wiosce” i po „Zębach” czekali.

Nie miałam takiego wrażenia. Wydawało mi się raczej, że nikt nie czeka. Ta książka była bardzo potrzebna przede wszystkim mnie, z wielu powodów. Mówiłam już trochę o tym, że chciałam coś wytłumaczyć, bo poczułam się wkurzona na wiele spraw. Ale też to bardzo mocno uratowało mnie psychicznie. Miałam poczucie, że jestem bardzo niespełnionym człowiekiem. Chyba chciałam jeszcze coś zrobić. Podchodziłam do pisania bardzo nieśmiało. Wyszłam z wprawy. I wydawało mi się, że wszystko, co piszę, jest okropne.

Po drugiej książce, „Zębach”, wcale nie czułam, że muszę pisać dalej. Miałam kiepskie recenzje. Niczego nie osiągnęłam – nie było z tego ani pieniędzy, ani sławy, ani czegokolwiek. Dostałam tylko po głowie tymi recenzjami. Pomyślałam, że to nie jest moja droga i przestałam pisać w ogóle. Nawet byłam obrażona, kiedy ktoś mnie pytał, czy coś piszę.

 

Byłam rozczarowana, kiedy Twoja siostra Kaja, którą spotykam w Warszawie, powiedziała, że już nie piszesz.

Tak, bo byłam pewna, że już nic nie napiszę. A potem coś się odblokowało. Zaczęło się od tego, że zaczęłam notować w telefonie moje rozmówki z ojcem. Wydały mi się fajne – nie moje pisanie, tylko jego teksty. Po prostu je spisywałam, jeden do jednego. I tysiąc razy bardziej niż moje własne zdania bawiło mnie to, co mówił on. To właśnie jego słowa były największym motorem tej książki. Dzięki temu było mi łatwiej, bo to nie byłam tylko ja. To był jeszcze ktoś, kto daje coś od siebie, coś dobrego. I pomyślałam, że może to się ludziom spodoba. Chciałam też pokazać mojego ojca i to, jaki on jest fajny. Choć, prawdę mówiąc, bywa też wrednym dziadem i potrafi być męczący (śmiech).

 

Co ci daje ta określona tożsamość? To, że wiesz, skąd pochodzisz?

Daje mi przede wszystkim siłę. Nazwanie czegoś po imieniu, określenie siebie – to daje ogromną moc. I pewnego rodzaju ulgę. Czuję, że jestem stąd. Że jestem wpisana w coś większego niż ja sama. Czuję szereg przodków i przodkiń stojących za mną. I mam wrażenie, jakby mówili: „Hej, Joanka, jesteś okej” (śmiech). To jest fajne. I to „coś większego” to nie tylko ludzie. To cała kraina. Tu, na tej ziemi, przez wieki krążyły atomy mojej rodziny. Jestem więc częścią tego wszystkiego w sposób organiczny. Atomowy. To jest naprawdę spoko uczucie.

 

Twój ojciec – nie dość, że „król Warmii”, to jeszcze „król Saturna”. Co się za tym kryje? Czy to strażnik twardych zasad, samotny, planetarny władca, który choć wie, to milczy?

No tak. Wszystko, co powiedziałaś plus jeszcze taki autorytarny szef tej krainy. Ktoś, kto jednych by wpuszczał, a innych nie. Kto zawiaduje całością: jak Warmia ma wyglądać, co tu powinno być, kto ma prawo tu przebywać, jak się powinno budować domy, spędzać czas, ubierać itp. I wkrada się tu coś jeszcze. Nie chciałabym, żeby ta książka była zamknięta tylko w etnograficzności. To nie jest wyłącznie wspominkowa opowieść o Warmii. Tam jest też Saturn. A Saturn to – no, każdy może sobie sam podłożyć, co to dla niego znaczy. Może to starość. Może zło, które kiedyś kogoś dotknęło i którego ślad zostaje na kolejne pokolenia.

 

A ty – jak się z tym czujesz? Przejęłaś tę rolę? Strażniczki pamięci, kronikarki tego świata?

A wyglądam na kogoś takiego? Nie jestem w stanie unieść takiej sprawy. Na pewno nie w całości. Może przekazałam coś w jakimś ułamku. Ale nie czuję się kimś takim. I na pewno nie chciałabym być postrzegana wyłącznie jako Warmiaczka. Etatowa Warmiaczka z Olsztyna – to byłby dla mnie koszmar. Gdyby mnie zamknięto w takim infantylnym obrazku: „Warmiaczka, strzegąca warmińskich wartości”, to byłoby coś strasznego.

 

Są takie historie, o których Twój tata nie powiedział wprost, a które ty i tak usłyszałaś?

Tak. Są w tej książce historie, które musiałam sobie zbudować z absolutnych okruchów. Czasem razem z moją siostrą Kają – coś razem usłyszałyśmy, czegoś się domyśliłyśmy, coś sprawdziłyśmy. Chodzi głównie o historię naszej babci, Heleny Wilengowskiej, która zginęła w łagrze w Kopiejsku. Była jedną z Warmiaczek, które po prostu zostały zabrane przez Rosjan w 1945 roku. Nie przeżyła. Zmarła po kilku miesiącach. Jej siostra umarła jeszcze w pociągu. To, że teraz mówię o tym płynnymi zdaniami, to efekt długiego procesu: dowiadywania się, że została zabrana. Że zginęła. Że zabrano też jej siostrę. Że ta siostra umarła w pociągu. Że jej ciało prawdopodobnie wyrzucono z wagonu…

 

Układanie historii jak z kawałków puzzli.

Tak. Także to, jak mój ojciec się o tym dowiedział – po latach, od sąsiadki ze Stawigudy, która tam była, przeżyła, wróciła i jemu, jako chłopcu, to opowiedziała. Ojciec, w przypływach szczerości, podzielił się tym ze mną. A ja się bardzo wzdrygałam, czy w ogóle można takie rzeczy ujawniać, bo to jego intymna historia. Uznałam, że tak, bo to również moja historia.

 

Jest jeszcze jakieś pytanie, które chciałabyś zadać ojcu, a nie zdążyłaś?

Mam jeszcze sporo takich pytań. Ale już nie ma na nie czasu. Mój ojciec jest teraz na innym etapie starości niż wtedy, gdy pisałam książkę. Dziś to już absolutnie niemożliwe. Cieszę się, że coś zdążyłam. Bo teraz, gdy zadaję pytania, nie dostaję już odpowiedzi. Ojciec nie chodzi już do sklepu. Rzadko wychodzi z domu. W jego życiu wiele się zamyka. Nie czuje już potrzeby, by mi coś przekazywać. Nawet jeśli mam pytania to wiem, że nie dostanę już na nie odpowiedzi.

 

Warmiacy powtarzają, że Warmia to kraina nieoczywista, to miejsce, gdzie króluje kłobuk, który czasem się objawia. Gdzie wieczorami podnoszą się mgły, tworząc coś nieuchwytnego.

O kłobuku napisałam opowiadanie. O Annie Kłobuk, która pracuje w Biedronce na Jarotach (śmiech). Dosyć zabawne. Kończy się tym, że ona wrzuca jakiegoś typa do kominów OZOS-u (śmiech). Ale rozumiem, że pytasz o magię.

 

Co dla ciebie jest tutaj z tej magii? Może to realizm magiczny podobny do tego, co Marquez zawarł w „Stu latach samotności”? Warmia ma ten potencjał?

Jako racjonalistka powiedziałabym: nie. Wszystko tu jest konkretne, da się policzyć, zobaczyć, sfotografować. Nie ma żadnej magii. Ale to nie do końca prawda. Bo ja sama ciągle czegoś takiego szukam. Ciągle za czymś chodzę, tropię, śledzę. Chociażby te moje łosiery – czyli pływanie w jeziorach, często skrytych gdzieś w głębi lasu, szukanie ich, odnajdywanie. Wtedy mój racjonalizm siada i odpoczywa, a ja po prostu zwiedzam różne zakątki, zanurzam się w tych wodach.

 

Ciekawa obsesja.

Trudno mi o tym mówić; faktycznie to jest jakiś mały obłęd. Ale chyba naprawdę tego potrzebuje. Takiego organoleptycznego doświadczenia tej krainy. Przez wiele lat nie miałam samochodu, byłam typową olsztynianką, ciągnęło mnie też do większych miast. Aż w pewnym momencie, kiedy się zmotoryzowałam, zaczęłam odkrywać to, co jest najbliżej. To, czego wcześniej nie widziałam. Zaczęłam śledzić mapy, trafiać do różnych miejsc — i to było to! Przerodziło w obsesję. W pewnym momencie ta potrzeba była silniejsza ode mnie – żeby się po prostu tego wszystkiego nachapać, doświadczyć, mieć to przez skórę.

 

 

Nachapać się Warmii?

Tak, ale też Mazur. Granice historyczne są na mapach, w prawdziwym świecie niezauważalnie się przekracza. A ja po prostu eksploruję to, co jest wokół mnie. W wakacje 2024 pływałam w 36 jeziorach. Z różnymi osobami, rozmawiając, błądząc w jakimś bagnie po kostki, ciągając się po polnych drogach autem, bo czasami dojście do jeziora wcale nie jest łatwe, wędrując godzinami po lesie. Ale to był i jest dla mnie wspaniały sposób na życie. Warmińskie życie.

 

Olsztyn jest Twoim wyborem, jeśli chodzi o miejsce do życia.

Zdecydowanie i nieodwołalnie. Urodziłam się w Olsztynie, mieszkam w Olsztynie i mam zamiar w Olsztynie umrzeć (śmiech). To bardzo prawdopodobne.

 

Dlaczego Olsztyn?

Bo mnie już nie ciągnie na zewnątrz. Czuję, że ja tej Warmii wciąż nie poznałam. Jestem początkująca. Wciąż odkrywam. I nawet jeśli czasem gdzieś wyjadę, to wiem, że wrócę. Im jestem starsza, tym mocniej się tu zakorzeniam i nie widzę potrzeby, żeby stąd wyjeżdżać.

 

Jak ci się tu żyje? Wygodnie?

Mam samochód, ale nie mam chaty, ani żadnej posiadłości nad jeziorem (śmiech). Nawet domku letniskowego nie mam, nie zarobiłam. Wszyscy, którzy przyjeżdżają tu na chwilę, są ode mnie bogatsi materialnie. Ale to chyba nie ma większego znaczenia. To bardzo dobre miejsce do życia, jeśli nie ma się dużych wymagań. Albo jeśli ma się innego rodzaju wymagania, jak ja, to akurat Warmia je spełnia.

 

Na przykład spełnia takie wymaganie, że możesz pływać w jeziorach?

Pływam nałogowo, ale beznadziejnie. Ale tu w ogóle nie chodzi o pływanie. Chodzi o jezioro. O wodę. O zanurzanie się. Uwielbiam ten moment wejścia do jeziora. Pierwsze ruchy. To uczucie pławienia się. Robię to z takim przejęciem i taką przyjemnością, że jest to dla mnie coś wspaniałego.

 

Po ostatniej książce masz świetne recenzje, wywiady, nominację do Paszportów „Polityki”. Twoje życie się zmieniło? Jak to czujesz?

Trochę się zmieniło. Przede wszystkim to, jak postrzegają mnie różni ludzie. Zaczęli patrzeć na mnie inaczej. Bo jednak, jeśli pracujesz w telewizji, to jesteś „panią z telewizji” i nikim więcej (śmiech). Biegam z mikrofonem, wypytuję innych o ich książki, obrazy, filmy czy muzykę, o ich twórczość. A tu nagle się okazało, że też mogę coś zrobić, coś stworzyć, coś opowiedzieć. I że ktoś to zauważył. To było, i nadal jest dla mnie ciekawe, jak zmieniło się postrzeganie mnie jako osoby. Może to zmiana chwilowa? A przecież nadal jestem tą samą osobą – zajmuje się tym samym, co wcześniej, pracuję na umowy śmieciowe, załatwiam życiowe sprawy, czytam, łażę po lesie, zamyślam. No, może częściej gdzieś z Olsztyna wyjeżdżam, na przykład na spotkania autorskie.

 

Odkąd cię znam, a to już ponad 30 lat, nigdy się do niczego nie naginałaś.

No tak. Na pewno nie umiem się płaszczyć, zabiegać o coś, aspirować. Nie mam takich zdolności. Organicznie. Nie bardzo też lubię, kiedy osadza się mnie pewnych funkcjach, wymaga czegoś ode mnie. Na przykład teraz wiele osób chciałoby ode mnie odpowiedzi na takie pytanie: „No to powiedz — co to jest ta Warmia?” Od czego zacząć? Od referatu historycznego? Od drugiego pokoju toruńskiego, czyli że od roku 1466 do 1772 Warmia należała do Polski jako Księstwo Warmińskie? Od opowieści o plemionach pruskich? Od map, postaci, może od warmińskich miast? To nie jest tak einfach, jak mówi mój ojciecto nie jest takie proste. Nie chciałabym zastępować Wikipedii, albo być oglądana jak relikt dawnych epok, jakiś warmiński okaz etnograficzny. Bardziej interesuje mnie rozmowa o złożonej tożsamości. To jest przecież temat na wskroś współczesny! I nie dotyczy tylko etniczności, ale też religijności, seksualności. Czy nie jestinteresujące, że można mieć tożsamość niejednorodną, czyli zbudowaną z różnych elementów? To jest bardzo fajne i super. Być kimś złożonym, wielowymiarowym, uplecionym z wielu nici, być kimś swoistym. Każdy z nas kimś takim przecież jest. Dobrze to sobie uświadomić. Nie jestem polskim Polakiem w Polsce, który z polskiej narodowej kuchni wybiera narodowe dania: pizzę i kebab. To jest dopiero nuda!

 

 

rozmawiała: Anita Czupryn

ilustracja: Magda Gach

 

Projekt zrealizowany ze środków Stypendium Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego w kwocie 8000 złotych na stworzenie serii 12 plastyczno-literackich portretów współczesnych kobiet, które swoją działalnością artystyczną, literacką i naukową wzbogacają dziedzictwo kulturowe Warmii i Mazur.

 

Ewa Shilling

Pisarka, olsztynianka, prowadzi wydawnictwo Seqoja

 

Najwięcej jest ze mnie, kiedy piszę

rozmawia: Anita Czupryn

ilustracja: Magda Gach (użyte narzędzia: kredki, ołówki, markery)

 

Czujesz się miejscowa? Tutejsza?

Stąd pochodzi połowa mojej rodziny. Mój ojciec był tak zwanym autochtonem. Nasze drzewo genealogiczne od początku XIX wieku wskazuje, że rodzina ojca siedziała na wsiach wokół Olsztyna. Nazwiska, jakie nosili były i polskie, i niemieckie. Z jednej strony Szulc, z drugiej Palmowski. Taka mieszanka. Ojciec mówił: „Ja to jestem Warmiak”. Tak mówili o sobie miejscowi.

Czuję się tutejsza, chociaż może trochę inaczej. Weźmy na przykład fakt, że języka polskiego rodzina mojego ojca nauczyła się dopiero po wojnie. Moja babcia umiała mówić po polsku, ale czasy były takie, że się z tym nie wychylała. Mój ojciec i czwórka jego rodzeństwa – brat i trzy siostry – dopiero po wojnie poszli do polskiej szkoły i dopiero tam nauczyli się polskiego. Między sobą niemal przez całe życie mówili po niemiecku. Pamiętam takie momenty. Na przykład siedzimy przy stole, ja coś mówię, oczywiście po polsku, a nagle dwie moje ciotki przechodzą na niemiecki. Może chodziło o to, żebym nie rozumiała, o czym mówią? Wymieniały kilka zdań po niemiecku, po czym płynnie wracały do polskiego. Albo: przychodziła do nas znajoma, pani Elfryda. Kiedy chciała, mówiła po niemiecku. Pamiętam jej charakterystyczny akcent. Na tych terenach takie zachowania to była klasyka.

Wielu rzeczy o rodzinie mojego ojca dowiedziałam się z czasem. Dziecku nikt nie mówił; dziecko nie dopytywało. Zresztą… nawet gdybym się dopytywała, nie wiem, czy dużo bym usłyszała. Rodzina mojego ojca to byli bardzo zamknięci w sobie ludzie. Pewne rzeczy odkryłam później. A i to tylko dlatego, że ktoś chciał coś powiedzieć. Bardzo wątpię, czy dopytywanie by coś dało. Oni po prostu rzadko mówili. Przypuszczam, że nawet gdyby nie było tak zwanego wyzwolenia Olsztyna przez Armię Czerwoną w 1945 roku, to też pozostaliby tacy zamknięci w sobie. Ale może jednak trochę mniej, bo czasem trudno oddzielić charakter od okoliczności, a charakter tych okoliczności sprzyjał by wszystko zamknąć w sobie.

 

To „wyzwolenie” – i celowo używam cudzysłowu – było dla Twojej rodziny traumą?

W dużej mierze. Mój ojciec próbował spisywać jakieś wspomnienia – zapisał kilka kartek, skrótowo. Dla mnie to milczenie nabiera znaczenia, jeśli weźmiemy pod uwagę wiek jego sióstr. Najstarsza miała 16 lat, średnia – 13, a najmłodsza niecałe 9. I nagle wchodzą rosyjscy żołnierze.

 

Ojciec pisał o tym, jak uciekali przed nimi gdzieś na stryszek, do krewnych, do sąsiadów… Ale ci żołnierze w końcu i tam również wchodzą. Na 99 procent wiadomo, co się wtedy dzieje z młodymi dziewczynami. I z ich matką zapewne też. Ale przecież nikt tego nie powie. Jeszcze gdzieś usłyszałam – już jako dorosła kobieta, miałam wtedy 33, a może 40 lat, że chciano ich dwa razy rozstrzelać. Ustawiano ich w rządek, szykowali, tylko jakiś oficer to powstrzymał. Nie wyobrażam sobie, żeby to mówiono dziecku. Ani w ogóle, żeby to było łatwe, by coś takiego opowiedzieć. Może dlatego najwięcej mówił mój ojciec, bo był najmłodszy i był chłopcem. Ale nawet on rzucał tylko fragmenty informacji: „Widziałem, jak sąsiadkę gwałcili. A potem trzy razy wychodziła za mąż.” I tyle. Ciężko się o tym rozmawiało. Nawet się temu nie dziwię. Dlatego najlepiej było wyczekać, aż może ktoś sam coś powie. Ale atmosfera była taka, że o wojnie się nie mówiło. Może mówili coś między sobą – tego nie wykluczam. Tata powtarzał: – Napiszę „Z pamiętnika starego Warmiaka”. Mówił tak i mówił. Kiedy się w końcu do tego zabrał, wyszło osiem stron. I historia się urywa. Chyba to pisanie mu nie leżało. Był inżynierem elektrykiem. Pisał „po inżyniersku”. No i nie dokończył. Ale nawet te parę rzeczy, które tam zawarł, dla mnie były ważne. Szkoda, że nie napisał więcej. Jestem pewna, że sporo pominął.

 

Czytałaś jego wspomnienia.

Czytałam. Są pobieżne. Pisał o styczniu 1945 roku, o ostrzeżeniach na ulicach: „zaciemniajcie okna”, „oszczędzajcie węgiel”, „uważajcie, bo szpiedzy”. O tym, że rodzina chowała się w szopie z letnią kuchnią. Jest tam, w tych zapiskach nawet element humorystyczny – słyszeli jęki dochodzące ze stryszku. Myśleli, że ktoś umiera. Okazało się, że to żołnierz siłował się z zatwardzeniem. No, bywają i takie rzeczy. A oni się przestraszyli tego, co tam się dzieje. Potem ukryli się u sąsiadów, potem wrócili do domu. A potem znowu wrócili sowieccy żołnierze. Coś im pokradli; ponoć nasrali do weków.

Ojciec mojego ojca pracował w Kortowie jako sanitariusz. Babka podobno też, chociaż jak miała dzieci, to już pewnie nie. W Kortowie były wtedy zakłady dla obłąkanych. Pisał o tym Piechowski: „Czyściec zwany Kortau”. Z tego zakładu jeszcze przed końcem wojny wywozili ludzi do Niemiec na zastrzyk z fenolu w serce. A kiedy przyszła Armia Czerwona, zrobili tam lazaret. Pod koniec wojny – z żołnierzami. I zdaje się, że właśnie Armia Czerwona, już potem, wykańczała tych, co zostali miotaczami ognia. To ponura historia. Niektórzy, kiedy Armia Czerwona miała wejść, popełniali samobójstwa…Dziadkowie mogli o tym wiedzieć. Ale nie zapytałam. O co miałam ich zapytać? „Co wam zrobili?” Już widzę te spojrzenia. To udawanie, że nie było pytania. Być może, gdy miałam kilkanaście lat, domyślałam się, co się tam mogło zdarzyć. Może ktoś nawet mógłby mi powiedzieć, że żołnierze radzieccy coś im zjedli, gdzieś im nasrali. Ale na pewno nikt nie mówił o gwałtach. O ostrzelaniu dowiedziałam się dopiero, kiedy miałam czterdzieści lat. Jeśli już coś padło, to bez żadnego wstępu. Ciotka coś kroi w kuchni i nagle rzuca do swojej siostry: „A pamiętasz, jak nas wyprowadzili do piwnicy, kiedy było strzelanie?” Wątpię, żeby rozmawiały ze sobą o tych najgorszych rzeczach. Ja byłam dla nich dzieckiem kobiety, którą nazywały hołotą ze wschodu. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale rodzina matki nie lubiła się z rodziną ojca.

 

Jaka jest historia rodziny Twojej mamy?

To zabawne, bo rodzina mojej mamy nie miała wątpliwości, że są Polakami, tylko że ich nazwisko było bardziej niemieckie od nazwiska mojego ojca. Nazywali się Kronehaus. Potem nazwisko zostało zniekształcone – po wojnie zapisali przez „g” i przez „z” – Kronegauz. Rodzinne legendy głosiły, że Kronehaus to był jakiś oficer napoleoński z Saksonii. Opowiadano o rodzeństwie Kronehaus z XIX wieku, z tym, że siostra czuła się Niemką, a brat Polakiem. Już po wojnie rodzinę matki przezywano ponoć „Krongauz”, albo „gauz”. Było to bardzo nieprzyjemne.

Dziadkowie w czasie wojny nie siedzieli w jednym miejscu. Jeździli to tu, to tam. Pamiętam z opowieści takie miejscowości jak Czerwony Bór, Górowo Iławeckie. Może było to związane z pracą dziadka: był kierownikiem budowy i po wojnie nadal go przerzucali z miejsca na miejsce. Pochodzili z Kresów: Mińsk, te tereny. Oficjalne miejsce urodzenia mojej mamy to Wilno. Tak miała wpisane w dokumentach. A naprawdę urodziła się w Łapach pod Białymstokiem. W Łapach urodziła się też moja babcia. I potem tak krążyli. Po drodze był jeszcze Augustów. Dziadek nadzorował tam budowę. Mama kilka razy musiała zmieniać szkołę. Skończyło się na Olsztynie. W końcu Olsztyn okazał się miastem na stałe.

 

Wiesz, jak Twoja mama poznała Twojego tatę?

Tata leżał w sanatorium, w którym pracowała moja babcia. Zaprosiła go do domu. Babcia mieszkała na ulicy Jagiellońskiej. Ojciec ze swoimi rodzicami mieszkał dla odmiany na Jagiellończyka. Przyszedł na Jagiellońską – a tam mama. Podobno najpierw babcia mu się spodobała. Ale małżeństwo z moją matką to nie był udany związek. Mama chciała się wyrwać z domu. Mieszkała z babcią, był jeszcze brat mamy ze swoją dziewczyną, która podobno podkradała pieniądze… No i trafiła z deszczu pod rynnę. W domu rodziny ojca też nie była mile widziana.

 

 

Jakie było twoje dzieciństwo?

Dobre. Był ogród, chodziłam z mamą na spacery. Trochę może przeszkadzało to, że wokół było sporo ciotek i innych starszych osób. Teraz już bym ich tak nie nazwała, ale dla małego dziecka to były „starsze panie”. Na babcię mówiło się „uma”. Chodziłam do żłobka, potem do przedszkola, ale naturę mam raczej nietowarzyską. Nie było wokół mnie koleżanek czy kolegów. W przedszkolu był brat cioteczny, czasem się razem bawiliśmy, ale ja nigdy nie byłam dzieckiem, które pierwsze nawiązuje kontakt. Koziorożec — to nie jest śmiały znak zodiaku. Wolałam, gdy ktoś podszedł do mnie pierwszy. Dopiero w liceum bardziej się otworzyłam. Chodziłam do I Liceum Ogólnokształcącego przy ulicy Mickiewicza. Mówili na nie „klasztor”.

 

Olsztyn i jego okolice pojawiają się w Twojej literaturze.

Uważam Olsztyn za ważne miejsce. Tu czuję się najlepiej. Coś mnie z tym miastem głęboko łączy — coś, co jest moje. Podobają mi się tutejsze lasy, jeziora. I to, że nie jest to takie bardzo miejskie miasto, w tym sensie, że nie dominuje ruch. Wkurza mnie, że wycinają te lasy. Kiedy przypomnę sobie, jak kilkanaście lat temu wyglądało nad jeziorem Krzywym, a jak wygląda teraz, to ogarnia mnie groza. Drzewa są dla mnie bardzo ważne. Jeziora też. Jak się tu wzrasta, widzi się je od dzieciństwa, to ma się taką wrażliwość. Nie jest się typowym miejskim zwierzęciem. To wszystko potem wplata się we wspomnienia, w wewnętrzny krajobraz.

 

Literatura pozwala Ci przemeblować te miejsca?

Może raczej pozwala utrwalić jakiś obraz, który mam w wyobraźni. Coś, co według mojej wyobraźni mogłoby tu być. Dlatego napisałam, co mogłoby być po wojnie.Pewnie nie odjechałam za daleko od rzeczywistości. Pisałam o tym, jak ktoś próbuje sobie znaleźć nowe miejsce. Jak ktoś jest wykorzeniony, jak próbuje się tu odnaleźć. Czy jest się Polakiem, czy Warmiakiem. O tym, jak ułożyć sobie życie. Teraz myślę, że może napiszę jeszcze coś po tych wszystkich latach, z innej perspektywy, o historiach rodzinnych. Wszyscy już nie żyją, więc zaczęłam to porządkować. Tylko, że piszę i co chwilę natykam się na jakieś miejsce, o którym nic nie wiem. I już się nie dowiem.

 

Jak to się stało, że zaczęłaś zajmować się literaturą?

Może poszłabym na jakieś inne studia, ale wybór był wtedy ograniczony. Gdybym już miała wybierać coś innego, to wybrałabym psychologię. Tyle że psychologii nie było. Wiem jedno: na pewno nie byłaby to polonistyka. Na polonistykę nie poszłam, bo moim zdaniem nie lubię aż tak bardzo tych wszystkich teorii. Myślałam sobie: pięć lat wrzucania do głowy formalizmów – to nie jest to, co mnie interesuje. Mnie interesuje czytanie i pisanie. Ani nie chcę uczyć polskiego, ani siedzieć w teoriach. Z kolei sprawy przyrodnicze zawsze mnie interesowały – jeszcze wtedy, kiedy nie mówiło się powszechnie o ekologii.

 

Twoja ostatnia książka Nadfiolet” ma w sobie głęboki, egzystencjalny niepokój.

Mogę się z tym zgodzić. Tam jest dużo niepokoju. Bierze się to z tego, że chciałabym się jakoś… opiekować rzeczywistością. Chciałabym, żeby było bezpiecznie. I żeby ludzie byli bardziej ludzcy dla siebie. I miłosierni – dla przyrody. Pamiętam z dzieciństwa jedną rzecz – to się na pewno zmieniło. Ja się kiedyś czułam bezpieczna. A teraz… już nawet nie pamiętam od ilu lat – nie mam tego poczucia.

 

Co składa się na to, żeby się czuć bezpiecznie?

Pewnie dla każdego wygląda to inaczej. Wiadomo, że w naszym systemie trzeba mieć pieniądze. Trzeba mieć dostęp do lekarzy. I lepiej nie chorować, nie tylko dlatego, że dostęp bywa trudny. Ale jak go nie ma, to robi się naprawdę kiepsko. Dla mnie bezpieczeństwo to też mieć kogoś bliskiego. Kogoś, na kim można polegać. To jest podstawowe bezpieczeństwo. Bo wiadomo, że są rzeczy, które irytują, nie podobają się, przeciwko którym trzeba protestować. Ale to wszystko mniej dręczy, jeśli ma się ten podstawowy poziom. Osobisty. I taki, który wykracza poza osobiste. Czyli właśnie ta myśl: że nie będzie wojny. Że tu jest spokojnie. Że to nam nie grozi. A kiedy to się zaczyna ruszać, rozkruszać, to dopiero wtedy widać, jaki kiedyś po prostu był spokój.

 

Pisanie pod pseudonimem daje Ci wolność? Przyjemność?

Tak, zdecydowanie wolę ten pseudonim od swojego nazwiska. Znajoma z wydawnictwa zasugerowała, że może lepiej by brzmiało, gdybym wydała coś pod pseudonimem. To było wydawnictwo, które normalnie nie publikowało literatury, tylko przewodniki. Mój debiutancki zbiorek opowiadań wydali po znajomości.

A że nie przepadam za swoim nazwiskiem – może z powodów rodzinnych, może dlatego, że jest zbyt popularne (na studiach w grupie była dziewczyna o dokładnie takim samym nazwisku), to pomyślałam, że nie zaszkodzi się trochę odróżnić. Wybrałam pseudonim sama – tak, żeby brzmiał odpowiednio do imienia. A potem okazało się, że Anna Schilling to ta od Kopernika. Wtedy jednak o tym nie myślałam. Chciałam tylko, żeby to nie było nazwisko „polskie” – przynajmniej nie tak jednoznacznie. Może właśnie ze względu na rodzinne historie. Nie każdy mnie kojarzy – i dobrze. Nie jestem specjalnie popularna. Nie jestem osobą, która lubi być na pierwszym planie.

 

Bohaterki Twoich książek są dla Ciebie lustrem? Pokazują Ci coś, czego wcześniej w sobie nie dostrzegałaś?

Przypuszczam, że to lepiej widzą inni – ci, którzy mnie znają i czytają moje książki. Ja pisząc raczej nie myślę o tym w ten sposób. Na pewno sporo ze mnie przechodzi w te teksty, w ten czy inny sposób, ale… Kiedy ktoś mnie pyta: „Czy to z Twojego życia?”, to mówię, że nie – to akurat wymyśliłam. Ale może wygląda wiarygodnie? Trudno mi ocenić, ile tego jest z mojego życia. Myślę, że to wszystko jest mocno przepuszczone przez różne filtry. Zamiast konkretnej sytuacji – zostaje odczucie, które ją kiedyś wywołało. Teraz mam w sobie potrzebę, żeby napisać coś bardziej osobistego, sięgnąć do rodzinnych historii, wyrzucić je z siebie. I wtedy pewnie będzie tam więcej „mnie”. Ale do tej pory raczej starałam się od siebie odejść. Nie uciec, ale odejść. Bo gdybym zaczęła wpisywać siebie – byłoby to zbyt podobne. I dlatego, jak mówiłam, najlepiej to mogą ocenić inni. Dla mnie to czasem mieszanina: pomysły, wspomnienia, emocje. Pisząc, nie myślę o tym, co z czego wynika. Być może to wszystko jednak ze mnie.

 

Żyjemy w świecie, który coraz bardziej zamyka się w uproszczonych narracjach. Jak się czujesz, kiedy czytasz w Wikipedii, że jesteś przedstawicielką „lesbijskiej prozy”? Czy to dla Ciebie ograniczające?

Widzę to średnio. Niespecjalnie dobrze. Minęło tyle lat od mojego debiutu, odkąd w ogóle można było coś spokojnie opublikować. A ciągle jest tak, że jak tylko są dwie kobiety, to od razu „literatura lesbijska”. Mnie się to kojarzy z czymś, co w stereotypowej wersji wygląda tak: seks na co drugiej stronie, a poza tym nic. Albo druga wersja – łaskawsza, choć tak samo fałszywa – że omawiamy książkę „o wszystkim innym”, byle nie wspomnieć, że to o dwóch kobietach. To jest pułapka, którą często widzę w zagranicznych filmach, bo ich mamy u nas więcej niż literatury – i właśnie tam to się powtarza. Dwa schematy. Pierwszy: że to „historia uniwersalna”. A drugi: że lepiej w ogóle nie mówić, że to o dwóch kobietach.

 

Historia dwóch kobiet też może być uniwersalna.

Oczywiście. Ale nie o to chodzi. Przez całe wieki takich historii w ogóle nie było. I kiedy teraz się pojawiają, to nazwanie ich „uniwersalnymi” może odbierać im ich specyfikę. A to nie są historie gorsze ani lepsze – po prostu są inne. Bo wszystko w nich rozgrywa się w konkretnym świecie, w konkretnych realiach. I ludzie tego nie odbierają „tak samo”. Osoby, o których mowa, nie przeżywają tego samego, co heteronormatywni bohaterowie. Mierzą się z czymś innym. Jeśli przez dekady była cenzura, jeśli przez lata nikt nawet nie próbował pisać o takich relacjach, i nagle pojawia się książka o dwóch kobietach – to ona jest „uniwersalna” w takim samym stopniu jak każda inna historia. Ale jednak pisze się tylko o tej, że jest „uniwersalna”, żeby nie powiedzieć: „to są dwie kobiety, które się kochają”. I ciekawe, że to się zdarza najczęściej właśnie w przypadku kobiet. Gdy chodzi o mężczyzn, o gejów – nie ma takiego parcia, by to od razu „zakleić” określeniem „uniwersalne”. A jak są dwie kobiety – to natychmiast. Zamiast po prostu powiedzieć: „to jest historia dwóch kobiet”, mówi się tylko: „to historia uniwersalna”. I tyle. To jest taki wytrych – żeby nie przyjrzeć się temu, dlaczego ktoś wybrał akurat taki temat, taką relację. A może chodzi właśnie o to, żeby opowiedzieć o czymś, co dotyczy konkretnie dwóch kobiet, a nie kogokolwiek innego.

 

To jak to jest, kiedy są dwie kobiety, a nie ktokolwiek inny”?

Inaczej się dorasta. Inaczej jest, kiedy wszystko, co się przeżywa w okresie dojrzewania, zakochiwania się – jest uznawane przez otoczenie za „normalne”. A inaczej, kiedy nawet nie przez wszystkich, ale przez wielu – a czasem nawet przez najbliższych – uznawane jest za coś niewłaściwego. Inaczej się żyje, kiedy można wziąć ślub, związek partnerski, mieć pełne prawa: medyczne, finansowe, mieszkaniowe. Kiedy w szpitalu po prostu pokazuje się papiery i mówi: „To jest moja żona. Mam prawo ją widzieć.” A nie: „A kim pani jest dla pacjentki?”

Inaczej się dorasta – zwłaszcza wtedy, gdy szuka się wzorców, kogoś, z kim można się utożsamić. A wszędzie są filmy, książki, klasyka – tylko o mężczyznach i kobietach. Wszystkie lektury szkolne. Za moich czasów – wszystkie.

Inaczej jest, gdy możesz sobie pomyśleć: „To coś podobnego do mnie. Ja też bym tak chciała.” Nawet dorosłym brakuje takich przekazów, żeby mogli zobaczyć coś bliższego sobie, swoim doświadczeniom. A co dopiero młodym. Głodnym takich obrazów. A jeśli tego wszystkiego nie ma – to jest po prostu inaczej. Nie czujesz się bezpiecznie. Jedziesz do szpitala i słyszysz: „A kim pani jest?” W tej nieszczęsnej, pseudooświeconej Polsce roku 2025 nadal nie ma nawet marnych związków partnerskich. Miałam dwadzieścia parę lat i myślałam, że to kwestia kilku lat. Dziś mam, cholera, 54 i nie robię się coraz młodsza. Całe szczęście, że jestem zdrowa.

 

Słyszę w takich sytuacjach: „Przecież można zrobić upoważnienie u notariusza”.

 

Owszem, mogęnotarialnie zapisać spadek. I ten ktoś, komu go zostawię, będzie musiał zapłacić podatek. Tych, którzy mówią, że można to załatwić notarialnie, że skoro to takie dobre, chcę zapytać: to po co wam śluby? Idźcie do notariusza. Skorzystajcie z tego. Jak się jest dwadzieścia lat z jedną osobą i jest się postrzeganym jak ktoś, kto sypia na boku – to sorry. Coś tu nie działa.

Pamiętam, jak byłam w Kopenhadze; był 1996 rok. Pojechałam na Pride i miałam taką myśl: może u nas też tak będzie – za parę lat. A przecież w Danii pierwsze związki partnerskie były już w 1989 roku. I Dania się nie rozpadła. Minęło tyle lat, ludzie się przyzwyczajają. Pewnie, że to tylko pięć milionów ludzi, ale większość jest absolutnie „za”. Jak ktoś funkcjonuje 40 lat w jakimś systemie, to się po prostu do niego przyzwyczaja, nawet jeśli jest konserwatywny. Przepis prawny, który działa w życiu, działa też na świadomość. W Danii pierwsza organizacja lesbijek i gejów powstała po 1948 roku. Pamiętam taki obrazek: siedzą blisko siebie dwie siwe panie. Pomyślałam, że się doczekały. A ja? Niedługo też będę cała siwa. Tylko nie jestem pewna, czy się doczekam. Nawet jeśli, to będę już zmęczona.

 

Swoim pisaniem dokładasz cegiełkę do tej zmiany. Nie czujesz się trochę prekursorką?

Niezbyt. Po pierwsze, książka, która wychodzi w nakładzie kilkuset egzemplarzy, nie zmienia zbyt wiele. Po drugie: chciałabym wydać następną, ale prowadzę jednoosobowo wydawnictwo, a to jest potworna robota. Ciągle mam coś pilniejszego do zrobienia. I finansowo też balansuję na linie. Zorientowałam się niedawno, że minęło pięć lat od wydania mojej poprzedniej książki. Myślałam, że może w tym roku coś się uda. Tylko że to znów nie będzie bestseller. Dla pojedynczych osób może będzie to coś fajnego, kiedy ta książka się ukaże. Bo nie mam mocy sprawczej. Może gdybym szefowała dużemu wydawnictwu, wydawała bestsellery. Ale nawet to ma ograniczony wpływ. I to z wielu powodów: bo są inne media, bo ludzie mają wokół siebie rodziny, znajomych; to wszystko działa razem. Zastanawiałam się kiedyś nad tymi wpływami: czym są? Czy naprawdę najważniejsza jest rodzina? Czy media? A może coś innego? Pewnie u różnych ludzi to różnie wygląda. Jedni są bardziej podatni na otoczenie, inni na to, co przeczytają. I to się łączy z ich charakterem. Ale nie mam złudzeń – nie mam poczucia, że mam realny wpływ. Niestety. Realny wpływ ma cholerna polityka.

 

Czym są dla Ciebie baby pruskie?

Tajemniczymi kamieniami. Nie ustalimy tego, czy były wojownikami, symbolami obfitości, kobietami, mężczyznami? Trzeba było nie wyrzynać Prusów – wtedy może byśmy się dowiedzieli. Być może przypominają, że są rzeczy, których już nie odkryjemy. Że nie dowiemy się, czym były naprawdę. Coś zostało. Takich rzeczy na świecie jest wiele – nie wiadomo, do czego służyły, czym były. Ale są. Tkwią między nami.

 

Chciałabyś, żeby po Tobie coś zostało?

Chciałabym, żeby zostało to, co piszę. Zawsze więcej napiszę niż powiem. To dla mnie naturalna forma komunikacji. Zawsze lepiej mi się myśli, kiedy piszę. Nawet teraz: staram się mówić w miarę składnie, ale gdybym zaczęła to pisać, przyszłyby mi do głowy jeszcze inne rzeczy i inaczej by to zabrzmiało. Najwięcej jest ze mnie, kiedy piszę.

 

 

rozmawiała: Anita Czupryn

ilustracja: Magda Gach

 

Projekt zrealizowany ze środków Stypendium Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego w kwocie 8000 złotych na stworzenie serii 12 plastyczno-literackich portretów współczesnych kobiet, które swoją działalnością artystyczną, literacką i naukową wzbogacają dziedzictwo kulturowe Warmii i Mazur.